Gwatemala – San Marcos la Laguna i Santa Cruz

Powrót
WPISZ I KLIKNIJ ENTER
Ostatnio dodane

San Marcos la Laguna

Do San Marcos, położonego na północnym wybrzeżu Jeziora Atitlan, popłynęliśmy lanchą z San Pedro. To miejscowość mniejsza nawet od San Juan – raj dla miłośników jogi, medytacji, masażu i wszelkich duchowych przeżyć. W dużej części od strony jeziora nie ma w ogóle dróg i ulic, jedynie ścieżki i wąskie przejścia między budynkami. Tutaj także na ścianach budynków znajdują się murale, a z okolic embarcadero świetny widok na jezioro na tle wulkanów.

San Marcos la Laguna to także świetne miejsce dla wegan i wegetarian. Znaleźć tu też można nie tylko salony jogi oraz masażu, ale też manufaktury czekolady i urokliwe knajpki wtopione w przyrodę.

Orientacyjne ceny noclegów

Booking.com

Santa Cruz

Następnego dnia kontynuowaliśmy zwiedzanie okolicy – rano po śniadaniu wsiedliśmy w lanchę i za 20 GTQ popłynęliśmy do Santa Cruz. Wioska nie wyróżnia się niczym szczególnym, może kompletnym brakiem turystów. Nic dziwnego – nie spotkamy tutaj rozbudowanej infrastruktury (noclegi, knajpy, etc.) a sama wioska nie jest nawet położona nad samym jeziorem. Trzeba przespacerować się z przystani, idąc miejscami stromym podejściem, a różnica wysokości to ok. 100 metrów.

Wiedzą o tym kierowcy lokalnych tuktuków, których kilka chyba w każdej chwili jest dostępnych przy przystani. Oczywiście proponowano nam podwózkę, ale konsekwentnie pokazaliśmy że mamy nogi i pójdziemy na nogach, co wywołało lekkie zdziwienie.

W centrum wioski znaleźliśmy się po ok. 10 minutach podejścia – chociaż tak naprawdę trudno uznać, które miejsce stanowi tutaj “centrum”, chyba że uznamy za nie centralnie zlokalizowane szkolne boisko. Jest to jedna z okolicznych miejscowości, która nawet nie posiada porządnego połączenia drogowego z resztą kraju. Co prawda podobno jest droga, którą można dojechać aż do Sololi, ale z tego co usłyszałem jest w takim stanie, że miejscowi korzystają z niej tylko w ostateczności.

Przeszliśmy wioskę wzdłuż i wszerz w ciągu pół godziny, po czym wróciliśmy na przystań i złapaliśmy lanchę do Panajachel. Musieliśmy chwilę poczekać, gdyż po prostu nie było innych chętnych a nie chcieliśmy płacić kapitanowi za prywatny kurs.

Po 10 minutach ruszyliśmy… ale nie do Panajachel, ale objazdowo po okolicznych przystaniach – kapitan “łowił” kolejnych pasażerów, aby opłacał się kurs (kosztuje 10 GTQ).

Orientacyjne ceny noclegów

Booking.com

Leave Your Comment